Pchnęłam oszklone drzwi, wchodząc do biura wydawnictwa, w którym pracowałam.
Pracowałam - trochę zbyt duże słowo. Zajmowałam się tłumaczeniem opowiadań i książek na ojczysty język. Średnio dwa razy w tygodniu odwiedzałam to biuro, gdzie od Melanie - recepcjonistki - otrzymywałam stosy papierów do tłumaczenia. Tak było i tym razem.
- Cześć - przywitała się.
- Cześć, masz coś dla mnie? - zapytałam, podpierając przedramiona o jej biurko. Nagle spostrzegłam łzy w jej oczach. - O co chodzi?
- Przed chwilą dostaliśmy od ciebie maila...
Rozpłakała się na nowo, przykładając do nosa chusteczkę.
- Kolejna melodramatyczna historyjka - odparłam. - Też sobie trochę popłakałam, ale to wszystko - zaśmiałam się. - Masz coś?
- Tak - odparła, nieco się uspokoiwszy. - W tym miesiącu zajmujemy się "perełkami z przeszłości", czyli czymś, czego jeszcze nie tłumaczyliśmy, a co ludzie na pewno będą kupować. Tak przynajmniej mówi szefostwo - dodała ściszonym głosem, w którym kryła się lekka ironia.
Westchnęłam tylko. Nie przepadałam za tekstami z zeszłej epoki. Może dlatego, że oznaczały one masę przestarzałych, skomplikowanych konstrukcji zdaniowych i archaizmów, których nie znajdzie się w najlepszych słownikach.
- Co tym razem? - spytałam.
- François Sagan. "Bonjour tristesse", jakkolwiek to się wymawia.
- "Witaj, smutku"? Czytałam to w oryginale na studiach.
- Czyli bułka z masłem dla ciebie.
Podała mi gruby stos kartek, gdy nagle...
- [t.i.]? - przesadnie wesoły kobiecy głos dobiegł moich uszu. Odwróciłam się.
- O, cześć, Mia - przywitałam się z dziewczyną.
- Hej - odparła. - Szef chce cię widzieć.
Zmarszczyłam brwi.
- Szef?
- Tak - odparła.
- Tak, ten dupek, przez którego musimy nosić szare, proste spódnice do kolan i związywać włosy w "schludnego" koka - dodała z irytacją Melanie.
- Dlaczego akurat mnie? - zapytałam z pewną obawą.
- Nie mam pojęcia. Jego sekretarka mi to przekazała. Powiedziałam, że się tym zajmę, bo aż mi się jej szkoda robi, jak widzę tę jej zestresowaną minę.
- I mam tak po prostu do niego iść? - nie dowierzałam . - Do jego gabinetu?
- Raczej do jamy smoka - wtrąciła Mel.
- No na to wygląda - odparła Mia. - Powodzenia.
- Nie dzięki. - Uśmiechnęłam się blado.
Przeszłam w stronę windy, wsiadłam do niej i wcisnęłam przycisk z numerem 8, bo na tym właśnie piętrze znajdował się gabinet Pana Stylesa, którego znałam jedynie z opowieści przyjaciółek; nie byłam w jego biurze nawet gdy starałam się o tę pracę, wszystko zostało załatwione przez pośrednika. I może dobrze, bo jego gabinet odwiedzali tylko jego sekretarka i osoby na tzw. "dywanik" (przynajmniej tak twierdzi Mia). Ja jego sekretarką nie byłam, więc w grę wchodziła tylko ta druga opcja. O cholera. Nigdy tak naprawdę nie widziałam tego faceta na oczy, mimo że już prawie dwa lata współpracuję z jego wydawnictwem. Raz gdzieś tam z daleka mignęła mi jego sylwetka. Zauważyłam tyle, że jest wysoki i ma szerokie barki. Tylko tyle. Od dziewczyn natomiast dowiedziałam się, że to najprzystojniejszy dupek w całej galaktyce tyranizujący swoich podwładnych na wszelkie możliwe sposoby, a jego sekretarka to urocza, niska blondynka, której mógłby się podobać, gdyby nie to, że się go jak cholera boi, i z tej prostej przyczyny jakikolwiek romans między nimi jest po prostu niemożliwy. A czego on chce ode mnie?
Wysiadłam z windy. Szłam ze spuszczoną głową, a gdy przyłożyłam kostki dłoni zwiniętej w pięść do drzwi jego gabinetu w celu zapukania, serce podskoczyło mi do gardła i w jednej chwili przypomniały mi się wszystkie moje grzechy.
Panie Boże, dopomóż.
Zapukałam, a po usłyszeniu: "Proszę!" weszłam do środka.
Zamknęłam za sobą drzwi, lustrując jego sylwetkę. Na sobie miał czarną marynarkę i biały T-shirt, a jego kędzierzawe włosy były lekko uniesione i zaczesane do tyłu. W całym pomieszczeniu czuło się zapach jego perfum - intensywny, ale nie drażniący, męski, a jednocześnie przyjemny. Jego duże dłonie błądziły szybkimi ruchami po klawiaturze laptopa, gdy wypowiedział tylko krótkie: "Usiądź". Odchrząknęłam cicho.
- Chciałabym wiedzieć, dlaczego mnie pan wezwał - oznajmiłam z determinacją, nie ruszając się z miejsca.
Na chwilę oderwał się od ekranu laptopa i zeskanował mnie od góry do dołu, po czym delikatny, stłumiony uśmieszek zabłądził na chwilę na jego wargach, a wtedy ja gwałtownie pożałowałam doboru ciuchów rano: zwykłych, poprzecieranych dżinsów i czerwonej koszuli w kratę.
Suchość w ustach sprawiła, że odruchowo zwilżyłam koniuszkiem języka dolną wargę, co nie uszło jego uwadze.
Nagle poczułam się zupełnie naga i bezbronna. Jak morderca przed wymiarem sprawiedliwości czy coś w tym stylu. Stałam tam przed nim jak jakaś kretynka,
bojąc się nawet drgnąć.
[t.i.], to tylko twój szef. Uspokój się.
- Zadziorna jesteś - stwierdził tylko, powracając do swojej poprzedniej czynności.
Stałam tam, rozdygotana i całkowicie wytrącona z równowagi. Co to było? Ja? Zadziorna? Że co, proszę?
Chwilę analizowałam jego słowa, aż doszłam do wniosku, że był zbyt wesoły jak na tyrana i dręczyciela w stosunku do osoby, którą miał za chwilę zniszczyć.
Może jednak nie dywanik?
Dziesiątku sprzecznych myśli i hipotez kłębiło się w mojej głowie, lecz wciąż nie potrafiłam rozgryźć tej, hm... nietypowej, powiedzmy, sytuacji, przez co z każdą chwilą czułam coraz większe zdenerwowanie i skonsternowanie naraz.
Oderwał się od ekranu laptopa, po czym wzrok jego zielonych tęczówek znów przeniósł się na mnie. Czułam się zdrętwiała i podenerwowana. Gdyby w normalnej sytuacji facet tak długo się we mnie wpatrywał, uznałabym, że ma coś na myśli, ale Styles nie wpisywał się w żadne tego typu ramy.
- Usiądziesz? - zapytał, wskazując krzesełko przed biurkiem.
Otworzyłam usta, gdy nagle zwyczajnie zapomniałam języka w gębie, po czym oblałam się zimnym potem. Nie odpowiedziałam, tylko po prostu usiadłam. Kierowały mną nerwy, nie rozsądek. Było coś władczego w jego postawie, w jego geście; coś, co kazało mi go posłuchać.
Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę.
- Nie będę owijał w bawełnę - powiedział. - Chciałbym pani zaproponować pracę w pełnym wymiarze godzin.
Uff...
- M-mi? Dlaczego?
- Jest pani młoda, zdolna. Ukończyła pani studia magisterskie z trzech języków: angielskiego, francuskiego i włoskiego, o ile się nie mylę. Od jakiegoś czasu wszystkie pani teksty trafiają prosto na moje biurko i muszę przyznać, że są naprawdę dobre, niczego nie można im zarzucić. Potrzebna nam pani tutaj, w biurze.
Przez chwilę trawiłam to, co mi powiedział.
Zaraz, zaraz. Skąd on tyle o mnie wie?
- Co miałabym robić? - spytałam ostrożnie.
- Zakres pani obowiązków niewiele różniłby się od obecnego, choć w tym momencie mamy nawał nowych prac i po prostu potrzebujemy kogoś, kto na bieżąco zajmowałby się ich redakcją. Poza tym w dalszym ciągu byłaby pani naszą tłumaczką z tą różnicą, że nie pracowałaby pani w domu, tylko w biurze.
- Ja... jestem zaskoczona - przyznałam.
- Rozumiem. Nie musi mi pani odpowiadać teraz. Wiem, że nie pracuje pani tylko dla nas. Dam pani czas... powiedzmy tydzień na namyślenie się. Może być?
- A jeśli... odmówię? - spytałam, starając się zapanować nad drżeniem dłoni.
- A ma pani zamiar odmówić? - odpowiedział pytaniem na pytanie, ściągając brwi. Czułam jego przenikliwy wzrok na sobie, przez co z każdą sekundą stawałam się coraz bardziej zestresowana.
- Nie wiem, po prostu... przewiduję.
- Jeśli pani odmówi, to nic się nie zmieni, dalej będzie pani u nas pracować na tych samych warunkach. Szkoda tylko, żeby taka osoba, jak pani, miała się marnować.
Wstałam z miejsca.
- Dziękuję - wydukałam. - To do widzenia.
- Do zobaczenia.
Wyszłam z jego gabinetu, po czym zjechałam windą na dół i od razu naskoczyła na mnie Mel:
- I co?
Wzruszyłam ramionami.
- Nic. Bardzo miły był.
- No nie gadaj! Chyba ma gorszy dzień - zaśmiała się. - Czego chciał?
- Zaproponować mi etat.
- Serio? - Brunetka aż rozdziawiła usta ze zdziwienia. - Nie wierzę, że sam szanowny pan Styles zaprosił cię na rozmowę do swojego gabinetu, żeby zaproponować ci etat. - Gestykulowała wymownie rękoma, chcąc podkreślić wagę swoich słów.
Wzruszyłam tylko ramionami lekceważąco. Prawdę mówiąc, "pan Styles" niewiele mnie interesował. Mogłam przyjąć jego propozycję albo nie i moje życie w żaden sposób od tego nie zależało. Chyba.
*********************************************************************************
I jak wam się podobało ? Hymm.. mam zamiar zrobić ich 5 może więcej się zobaczy :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz