Muzyka

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

#3 Hazza ♥

  Następnego dnia po skończonej pracy zapukałam do jego gabinetu z nadzieją, że nie będzie go w środku, lecz wszystkie moje wątpliwości zostały rozwiane, gdy usłyszałam: "Wejdź", tak jakby wiedział, że to ja. Nacisnęłam klamkę i podeszłam do jego biurka, nie mówiąc nawet zwyczajowego "Cześć". Położyłam papiery na jasno-drewnianej powierzchni, skupiając na nich całą swoją uwagę, tak żeby nie patrzeć na niego.
Przed oczami wciąż widziałam jego wczorajszą wiadomość: „Oboje wiedzieliśmy, co robimy” i im dłużej o tym myślałam, tym mniej byłam tego pewna. Straciłam na moment głowę, ale to się nie powtórzy. Nie.
- Więc tak teraz będą wyglądały nasze relacje? - zapytał.
Wzruszyłam ramionami, starannie układając stertę papierów, po czym odeszłam od biurka, kierując się w stronę drzwi.
- Poczekaj - zatrzymał mnie łagodnie, lecz stanowczo.
Obróciłam się na pięcie i zwiesiłam ramiona, splatając palce obu dłoni. Nie spuściłam głowy. Przeciwnie - zadarłam podbródek, wlepiając beznamiętny wzrok w oszkloną ścianę tuż za nim.
- Chcę, żebyś wiedziała, że jestem tutaj szefem i nie pozwolę sobie na ignorancję wśród pracowników - oznajmił suchym, władczym tonem.
- Oczywiście. Coś jeszcze?
- Nie, możesz już iść.
Odwróciłam się na pięcie, po czym, kierowana nagłą złością, okręciłam twarz w jego stronę i wypaliłam:
- Chcę, żebyś wiedział, że jako twoja pracownica nie pozwolę sobie na zachowanie takie jak wczoraj.
- Co masz na myśli?
- Dobrze pan wie.
Chwyciłam klamkę, ale wtedy znów mnie zatrzymał:
- Czekaj.
Ponownie się obróciłam, wzdychając ostentacyjnie.
- Miałaś nie mówić do mnie per pan.
- Miałeś mnie nie przetrzymywać po pracy, a ja już skończyłam.
- Możesz iść.
Wyszłam z jego gabinetu, z impetem zamykając drzwi, po czym udałam się do swojego biura, gdzie ubrałam płaszczyk i owinęłam szyję szalem, gdy nagle ktoś zapukał do moich drzwi.
- Proszę - mruknęłam, choć nie spodziewałam się, żeby chciało Mu się do mnie fatygować.
Do środka weszła Lisa - jego wiecznie zestresowana sekretarka.
- [t.i.], szef cię prosi - oznajmiła cicho.
Prawie parsknęłam śmiechem.
- Powiedz mu, że... - zaczęłam wzburzona. - Powiedz mu, że jeżeli to sprawa służbowa, to niech zadzwoni do mojego biura, a jeżeli prywatna... jeżeli prywatna, to niech sam przyjdzie - dodałam ze zwycięskim uśmieszkiem satysfakcji.
- Ale, [t.i.]... - zaczęła Lisa.
- Spokojnie, Lis. Na moją odpowiedzialność. - Uśmiechnęłam się do dziewczyny przyjaźnie.
Wyszła, lecz po chwili wróciła.
- Pan Styles mówi, że to sprawa prywatnie służbowa.
- Jaki dyplomata! - fuknęłam, ściągając płaszczyk i odwieszając go na wieszak. - Ok, sama do niego pójdę.
Weszłam do niego bez pukania. Prawdę powiedziawszy, było mi już wszystko jedno. Nie zależało mi na niczym. Nawet na tej cholernej pracy.
- Chciałeś mnie widzieć - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Stał. Nie siedział. Stał oparty pośladkami o biurko i wpatrywał się we mnie bezczelnie, zapewne chcąc mnie spłoszyć.
Ale ja się nie dam!
- Powiedz mi, czy dla ciebie jedynym problem stanowi to, że jestem twoim szefem? - zapytał.
- Problem dla mnie stanowi to, że myślisz, że całowałam się z tobą, bo chciałam, a nie dlatego, że sam zacząłeś - odpowiedziałam, zakładając ręce na piersi.
- A tak było? - odparł, odpychając się dłońmi od powierzchni biurka.
- Tak.
~~~
Robi kilka kroków w moją stronę. Cofam się, aż czuję za plecami drzwi. Moja przestrzeń osobista zostaje w brutalny sposób pogwałcona, kiedy przyciska mnie do drewnianej powierzchni.
- Tak? - pyta, ujmując kciukiem i palcem wskazującym mój podbródek. - Pragnę cię, odkąd pierwszy raz cię zobaczyłem. Zrób coś, żebym przestał - szepcze, po czym uśmiecha się ironicznie, nie słysząc odpowiedzi. - Powiedz, że nie chcesz… - kontynuuje, wodząc palcami po mojej szyi. Poddaję się pragnieniu przymknięcia oczu. Moje wargi i powieki drżą. - Przestań na mnie reagować… - mruczy seksownie. - Nie oddawaj mi się… - Czuję ścisk podbrzusza, kiedy mocno dociska swoje krocze do mojego. - Nie odwzajemniaj moich pocałunków… - Muska namiętnie moje wargi, odsuwając się co chwila. Drażni się ze mną okrutnie. Orientuję się, że nie mogę przed tym uciec. Że nie zapanuję nad sobą w sytuacjach takich, jak te, a on będzie je celowo wywoływał.
- Przestań… - jęczę, nie przestając szukać jego ust.
- Powiedz, że nie chcesz - nakazuje zachrypniętym z podniecenia głosem.
Stop, mówi mój rozsądek, a ja postanawiam go usłuchać.
Kładę dłonie na jego torsie i odpycham go.
~~~
- Nie - zaprotestowałm. - Nie, Harry, nie - powtarzałam, jakbym chciała samej sobie wmówić, że to przed chwilą nie miało miejsca. Spojrzałam na niego, lecz w jego oczach nie dostrzegłam nic oprócz pustki. - Nie mogę sobie na takie coś pozwolić. Wiem, że ty tego nie zrozumiesz i nie uszanujesz. Odchodzę.
Chwyciłam klamkę i wyszłam, nie oglądając się za siebie.

~kilka miesięcy później~
Zamrugałam powiekami, ale widok nadal się rozmazywał. Za dużo komputera. Potarłam zmęczone oczy, gdy nagle usłyszałam męski głos nad sobą:
- Czy ktoś zamawiał karmelowe latté z łyżeczką cukru?
Uśmiechnęłam się do Nate'a.
- Ja! - Podniosłam dwa palce w górę, przeciągając się w fotelu i ziewając.
- A kto jest Najprzystojniejszym Facetem Na Globie i do tego najwspanialszym chłopakiem?
Uśmiechnęłam się leniwie.
- Ty, Nate.
- No to kawka dla Najpiękniejszej Kobiety Na Ziemi.
Podał mi kubek wypełniony gorącym naparem, a ja od razu upiłam łyk.
- Będzie buziak w gratisie? - zapytał.
Pochyliłam się przez biurko, łącząc nasze wargi w krótkim, czułym pocałunku.
Nate - mój chłopak od dwóch miesięcy. Poznaliśmy się w biurze wydawnictwa, w którym oboje pracowaliśmy. Przy nim zapomniałam o wszystkim. Prawie wszystkim. Bo jest coś, a raczej ktoś, kogo nie mogę tak po prostu wyrzucić z głowy, chociaż usilnie próbuję. Jeden pocałunek, który wygrawerował głęboki ślad w moim umyśle. Jakby ktoś zapisał te wszystkie emocje, które odczuwałam, na moim dysku twardym, a ja nie mogłabym ich usunąć. Nigdy potem nie poczułam się w ten sposób. Nawet z Natem.
- Hej! - Szatyn pstryknął mi palcami przed oczami. - Dokąd mi znowu uciekasz? - zapytał z rozbawieniem.
Trzepnęłam głową, jakby chcąc się pozbyć z niej resztek zamyślenia.
- Nigdzie - odparłam z bladym uśmiechem.
- Kłamiesz, [t.i.]. Ja nie wiem, o co chodzi, ale mam wrażenie, że im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej uciekasz w swoje myśli.
- Nate, przesadzasz. Myślisz, że to odpowiednie miejsce na taką rozmowę? Sądzę, że odpowiedniejsza będzie 21:00 w piątek u mnie w mieszkaniu.
Posłał mi swój filuterny uśmiech, a jego wzrok wędrował w tym czasie w okolicach mojego dekoltu.
- Takie myślenie bardzo mi się podoba, panno [t.i.].
- Mnie również, panie Connel.








**********************************************************************************************************************************
Tak wiem namieszałam tym wszystkim, ale nie wszystko w życiu jest kolorowe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz